deprensja

W związku z Dniem Walki z depresją sporo osób zebrało się na odwagę i podzieliło się swoimi doświadczeniami. To teraz i ja dodam też cegiełkę od siebie. Długo zbierałam się, żeby napisać posta na ten temat i cieszę się ogromnie, że na tej fali uzewnętrznień popłynę i ja :).

 

Uważam, że to wspaniałe, że tyle osób się otwiera, dając tym samym przestrzeń i przyzwolenie dla innych, aby także nie wstydzili się swoich uczuć. Jak czujesz, że możesz się czymś podzielić, to dziel się. Pisz, opowiadaj… Wierzę, że zawsze znajdzie się choć jedna osoba, do której to prędzej czy później dotrze i która na tym skorzysta.

 

Depresją na potrzeby tego posta nazywać będę stan zniechęcenia, czasem wręcz braku chęci do życia… utrzymujący się jakiś czas (nie wiem jaki?). Nie chodzi mi o podręcznikową definicję depresji, bo miedzy innymi właśnie ta sztywna definicja długo powstrzymywała mnie przed udaniem się po odpowiednią pomoc.

 

W moim przypadku relacja z depresją była romansem utajnionym, na zasadzie „nie mów nikomu, że się spotykamy” 😉 , czyli czymś bardzo skomplikowanym :P.

 

Niektórzy swoją depresję obnażają strojem, makijażem itp… a niekiedy nawet mówią o niej wprost – co często i tak jest ignorowane…

Czasem myślimy: „Jak on/ona tak bardzo się z tym tak afiszuje, to może się tylko popisuje,… albo „to tylko taka faza”, chce zwrócić na siebie uwagę…” – i rzeczywiście chce!  Tylko czemu tak często nie chcemy jej okazać?

 

…a niektórzy trzymają swoją depresję w tajemnicy.

 

Przyczyn jest oczywiście cała masa…

niektórzy wstydzą się przyznać do swojej słabości i lęków, bo utożsamiają się z wizerunkiem silnej osoby…

niektórzy czują się >tak nieważni<, że nie chcą zaprzątać innym głowy swoimi problemami,

inni boją się zaburzać iluzoryczną harmonię w rodzinie…blablabla…

 

*** MAJ STORI >>> W KOLEJNEJ SEKCJI SĄ MOJE PRZEMYŚLENIA NA TEMAT DEPRESJI ***

U mnie z kolei było jeszcze inaczej…

 

Moje problemy zaczęły się mniej więcej w wieku 14 lat. Do tego czasu cechowała mnie dziecięca niewinność, radość istnienia, ogromna ekspresja i niepohamowany pociąg do wygłupów, figli i wszystkiego, czego następstwem jest śmiech.

Nagle trafiłam jednak do klasy o wyjątkowo wrednym klimacie, w której królowała moda na dokuczanie sobie do granic możliwości. Moja wesoła natura objawiająca się nieschodzącym z twarzy uśmiechem była regularnie, właściwie nawet dzień w dzień miażdżona, a ja nie zupełnie potrafiłam się temu przeciwstawić.

 

Od najmłodszych lat byłam bardzo wierząca, co sprawiało, że gdy czułam się szykanowana, to zamiast podejmować walkę, po prostu nie wiem… nadstawiałam drugi policzek czy coś w tym stylu.

Inspirowałam się Jezusem, który w moim rozumieniu, był zbyt wspaniały i święty, aby walczyć o swoje i zawsze zgadzał się na bycie ofiarą – a to było dla mnie niesamowitą cnotą…

…Mało tego, tak wzięłam sobie do serca słowa „nie wiedzą co czynią”, że zawsze potrafiłam usprawiedliwić najokropniejsze zachowania w moim kierunku.

Oprócz tego, jak byłam mała, mama nauczyła mnie, że jeśli dzieci są wredne, to prawdopodobnie ich rodzice się rozwodzą, są bite albo nie jest im okazywane dość miłości i z taką wyrozumiałością, kamuflując cierpienie, przyjmowałam na siebie fale hejtu.

Dodatkowo, zainspirowałam się „patriotyczną” postawą kolegów z klasy i zakodowałam sobie, że najważniejszy jest „HONOR” (przez co wtedy rozumiałam bezwzględną siłę psychiczną) , a wszelkie skarżenie się nauczycielom bądź rodzicom jest kablowaniem, oznaką słabości i na pewno skończy się dla mnie jeszcze gorzej.

I tak sobie trwałam w roli bardzo łatwej ofiary do gnębienia…

Gdy wreszcie z końcem gimnazjum i zmianą środowiska, skończył się ten koszmar, to w pierwszej liceum moja mama zachorowała na bardzo ciężki przypadek raka piersi i po kilku miesiącach umarła.

 

Ja w tym czasie byłam już nauczona, żeby się na nic nie uskarżać i wszystkie bóle, napięcia i rozpacze, przeżywać tylko gdy nikt nie widzi i trzymać je wyłącznie dla siebie.

 

Gdy teraz wracam do tego pamięcią, to naprawdę nie wiem, jak udawało mi się ciągnąć tak podwójne życie.

Zawsze w szkole i przy spotkaniach ze znajomymi byłam… no, mniej więcej taka, jak teraz, żartowałam i szczerze się śmiałam, byłam głośna, nie przejmowałam się czy ktoś uzna, że zachowaniem przypominam klauna XD…
A gdy byłam sama, gdy przekroczyłam próg pokoju, gdy byłam na spacerze albo gdy poszłam biegać – wylewałam fontannę łez, a ścisk w gardle był najmocniejszym znanym mi fizycznym odczuciem.

 

Głęboko w środku wiedziałam, że jest bardzo źle… tylko co ja właściwie mogę z tym zrobić?

Przecież nikt mi nie uwierzy, że mam depresję.

Jak to możliwe, żeby osoba która swoim śmiechem zakłóca porządek na lekcji, a nawet na przerwie XD, może tego samego dnia mieć myśli samobójcze?

.

.

Najbardziej bałam się dwóch rzeczy:

 

– że jeśli się otworzę, to nie dość, że nikt mi nie uwierzy, to jeszcze zostanę oskarżona o bycie atencyjną, o próbę zwrócenia na siebie uwagi… Moja mama choruje, potem umiera, a mi się wydaje, że jeśli zacznę się użalać, to ktoś mi zarzuci, że wykorzystuję tę sytuację do bycia jeszcze bardziej w centrum zainteresowania.
Skąd w ogóle taki schemat myślenia? Teraz mi się to w głowie nie mieści… Ale kiedyś, ze dwa razy zostało mi to zarzucone, a ja potem już nigdy więcej nie pozwoliłam na taką sytuację.

 

– że nie „zasługuję” na miano osoby z depresją… że ktoś mi powie, że to „tylko nastoletni przejściowy okres, że to taka FAZA.”.

 

Pewnie długo zwlekałabym z udaniem się do specjalisty, ale tutaj z pomocą przyszedł mój chłopak z liceum 😛 (piona, za odwagę i wyczucie, Witek XD), który pewnego dnia odkleił mnie od mokrej od łez poduszki i zaprowadził do poradni, po tym jak pijana biegałam ze szklanym tulipanem, zarzekając, że posiekam sobie nadgarstek.

 

Wówczas zaczęły się lata krótkich, przerywanych terapii i własnej pracy nad sobą. Efekty jednak były dość słabe, a to dziwne rozdarcie między moją radosną, a moją mroczną wersją stało się codziennością.

Oprócz emocjonalnej huśtawki, przechodziłam także okresy ogromnego znieczulenia, najczęściej wtedy, gdy wspierałam się lekami psychotropowymi. Wówczas, pomimo rozgrywającej się w domu tragedii, zachowywałam stan zobojętnienia, emocje były mi zupełnie obce i nic nie potrafiło mnie ruszyć.

 

Nawet jak mieszkałam wspólnie z najlepszymi przyjaciółmi, zamiast całkowicie się obnażyć, zwierzałam się i uskarżałam tylko na bieżące przykre spraw, które były widoczne na powierzchni, ale nigdy nie wtajemniczyłam nikogo w taniec beznadziei i wieczną walkę, która się we mnie rozgrywała.

Jak było źle, to gdzieś się zaszywałam albo szłam biegać i gnając przed siebie wypłakiwałam wszystko.

 

Teraz wiem, że w tamtym czasie każdy z nas miał podobne problemy. Mogliśmy usiąść razem i po prostu się żalić, jeden przez drugiego, jakie straszne rzeczy nas spotkały: zerwania, z którymi sobie nie radzimy, związki, które nie są tak kolorowe, jakby się mogło wydawać, rodzina, która wpędza w depresję, rozpacz i plątanina napięć, lęków, słabości które wszyscy w sobie kumulowaliśmy, ale nikt nie miał odwagi się odkryć i na chwilę zmienić klimat niekończących się wygłupów na zupełnie szczerą, odważną rozmowę prosto z serca. Wszyscy w pewnym sensie przyjęliśmy postawę „jestem silny, wyluzowana, jestem „ponad to” i nie ruszają mnie takie przyziemne rzeczy”.

 

Byłam w tych latach, w kilku długich, bajecznych podróżach, i nawet wtedy, praktycznie każdego dnia udawałam się na przebieżkę bądź spacer płaczu. Na uczelni albo w pracy, gdy czułam nadchodzące załamanie, szłam do toalety i tam płakałam cicho.

A potem znowu byłam „normalna”, wesoła i żartująca. I to szczerze. Jakieś dziwne, totalne rozdwojenie…

 

Ciekawe były też wycieczki do psychologów i psychiatrów. Rejestracja, a następnie przywitanie ze specjalistą odbywało się uśmiechem na twarzy, ale gdy tylko rozpoczynała się sesja i byłam pytana: „No to, w czym mogę pomóc?”, to jak za dotknięciem rózgi XD od razu wybuchałam płaczem, drżącymi rękami darłam chusteczki i chaotycznie wyrzucałam z siebie najróżniejsze żale.

 

Potrafiłam tego samego dnia planować kolejną podróż, fantazjować o idealnym związku i obmyślać choreografie do teledysków (to się dzieje w mojej głowie, jak słucham muzyki :P), a potem zastanawiać się czy wolę umrzeć, czy też lepiej żebym zamieszkała w klasztorze buddyjskim albo w jakimś rezerwacie dla chorujących zwierząt bądź hospicjum i opiekowała się potrzebującymi, żeby chociaż był ze mnie jakiś pożytek.

.

Najbardziej przełomowym momentem był spacer do sklepu osiedlowego 3 lata temu.

 

W drodze DO sklepu i w sklepie obmyślałam skład trucizny, którą wypiję w przypływie rozpaczy, googlując sobie dostępne legalnie substancje dla samobójców, jednocześnie wybierając ze sklepowej półki kaszę bądź soczewicę na obiad.

Wcale nie byłam bardzo bliska wypicia czegoś takiego, ale chciałam wtedy mieć taką opcję „pod ręką”, gdybym spontanicznie „odważyła” się na taki koszmarny krok… Myślę, że i tak nie byłabym w stanie wyrządzić mojej rodzinie takiej krzywdy i pozbawić ich promyczka, jakim potrafię być ^_^.

 

Natomiast w drodze ZE sklepu, do głosu doszła ta Optymistyczna Kaja, pełna Nadziei, Miłości i Siły, która ZAWOŁAŁA: „KAJA, MUSISZ SIĘ OGARNĄĆ   >>> T E R A Z<<< !!! Może JESZCZE nie jest NAJGORZEJ, może JESZCZE nie próbujesz się targnąć na życie, ale kto wie co będzie za miesiąc czy rok?!? Ogarnij się NATYCHMIAST!!!”

 

Gdy doszłam do domu, miałam już podjętą decyzję o wyjeździe. Uznałam, że   s a m a   nie poradzę sobie z moimi problemami bez zmiany środowiska.

Wtedy jeszcze nie wierzyłam, że psycholog czy psychiatra są mi w stanie pomóc, bo po kilku nieudanych terapiach po prostu się zniechęciłam.

Czułam, że mogę liczyć tylko na siebie.

 

Zdecydowałam się pojechać w jakieś słoneczne miejsce i być tam tak długo, aż uznam, że poukładałam sobie w głowie na tyle, że mogę wrócić.

Zwierzyłam się z tego planu mojemu cudownemu przyjacielowi z Hiszpanii, a on zaproponował, żebym zamieszkała w tym mieście, co on, abym w razie czego miała do kogo gębę otworzyć (wcześniej chciałam być zupełnie sama, w jakiejś agroturystyce).

Przesiedziałam całą zimę w Sevilli, czytałam książki o tym jak być szczęśliwym, medytowałam, ćwiczyłam jogę, spacerowałam, biegałam (radośnie), byłam w 100% ze sobą i powoli dochodziłam do siebie, a przyjaciel robił mi za psychologa (akurat się w miarę na tym zna), ilekroć potrzebowałam rozmowy.

 

Jak poczułam się wystarczająco zregenerowana, to wróciłam do domu i znalazłam wspaniałą terapeutkę, która pomogła mi po 10 !!!!! LATACH od śmierci mamy, przejść wreszcie przez żałobę i uporać się z blokadami powstałymi jeszcze w gimnazjum. NIGDY NIE JEST ZA PÓŹNO.

 

Dokładnie wiedziałam, co chcę jej powiedzieć.

Przez ostatnie lata depresji, w głowie opowiadałam sobie o wszystkim, co mnie bolało, wyobrażając sobie, że mówię to jakiejś bliżej nieokreślonej osobie.

W kółko, każdego dnia, jak z odtwarzanej do znudzenia płyty, cały czas wałkowałam w myślach wszystkie historie, które mnie męczyły. A to, co dotyczyło mojej mamy, miałam w wyryte w głowie jak na piśmie, słowo po słowie.

 

Wtedy to odkryłam potęgę rozmowy. I w ogóle mówienia rzeczy na głos.

Opowiedziałam tej cudownej terapeutce wszystko, co pamiętałam z mojego życia rodzinnego, przebiegu choroby, śmierci i tego, co działo się potem.

Mówiłam, mówiłam, mówiłam.

Potem nawet mówiłam na głos do mamy (wyobrażałam sobie, że jest obok mnie) – wszystko, co leżało mi na sercu, co zawsze chciałam jej powiedzieć, a nie potrafiłam, albo było za późno… że za mało czasu spędzałyśmy razem, że nawet się nie poznałyśmy dobrze, że tak podziwiałam jej nadludzką siłę w walce z chorobą, i jak bardzo mi jej teraz brakuje…

 

A potem poszłam o krok dalej i prosiłam kolejno najbliższych przyjaciół, by poświęcili mi jeden wieczór.

Szliśmy na wino, siadaliśmy w jakimś klimatycznym miejscu, a ja przez ponad godzinę ględziłam o tym jak mi było ciężko – 8,9,10 lat temu, jakie to wszystko było nie w porządku. Żaliłam się przez łzy i smarki, ręce mi się trzęsły, głos załamywał, ale potem przychodziło rozluźnienie…

Po kilku takich spotkaniach, nagle poczułam że temat uleciał. Przeżyłam go. Płyta przestała się odtwarzać i teraz ten temat już nie jest we mnie tak żywy.

Oczywiście, jest bolesny, ale mogę już o tym „normlanie” rozmawiać i czuję, że przeżyłam to najlepiej jak mogłam.

Stał się pouczającym doświadczeniem, ale nie jest już traumą.

 

*******

 

I teraz, co myślę o tej całej depresji.

 

Jeśli od jakiegoś czasu jest Ci źle, przyznaj się przed sobą do tego i zastanów się nad formą pomocy.

 

Ja bardzo długo bagatelizowałam swoje uczucia, z resztą moja rodzina też to robiła w stosunku do mnie (i w stosunku do samych siebie też).

Gdy kilka razy zgłosiłam, że „jest mi źle”, to słyszałam, że przecież :

„mam wszystko” (ciuchy, gadżety, zdrowie, filoletowy pokój, narty…),

że „jestem młoda, atrakcyjna bla bla bla (tylko sobie znajdź kawalera XD)”,

że się nad sobą użalam i

że szukam tylko sposobu na odwlekanie wejścia w dorosłość i brania odpowiedzialności za siebie.

 

Na pewno w środku, dziadkowie i rodzice byli przerażeni, jak się uzewnętrzniałam, ale ich pierwszą, naturalną reakcją było: „Co ty pleciesz? Ale jak to? Na pewno nie jest tak źle…”… itp.

 

Cóż, pokolenia naszych dziadków i naszych rodziców dorastały w trudniejszych czasach, kiedy może rzeczywiście „trzeba było” zaciskać zęby, bo gdyby chciało się narzekać, to w zasadzie zamieniłoby się to w niekończącą się litanię żalu. To były czasy tak trudne, że może na roztrząsanie problemów nie było po prostu miejsca…

 

Ale my wszystkie te skrywane przez lata napięcia przejmujemy od swoich opiekunów.

Widzimy, jak udają przed sąsiadami i najbliższymi, że „jest dobrze” i kopiujemy ich zachowanie.

Uczymy się tego schematu i powtarzamy go w naszym życiu.

 

Moja mama prawie nigdy się nie skarżyła, że ją boli, ani, że boi się śmierci.

Reszta rodziny też często udaje, że jest wszystko w porządku, rzadko ktoś zgłasza zły humor, chandrę, nikt nie mówi o tym, że nie wie czego chce od życia, albo że czegoś żałuje czy się boi.

„Trzeba być silnym”, „Nie można się nad sobą użalać”, „Takie jest życie”… „JEST DOBRZE! WSZYSTKO W PORZĄDKU”.

 

Ale nie jest w porządku, a kłamstwo zawsze odbija się echem.

 

Albo przez lata dusisz w środku swoje problemy, albo w końcu coś pęknie w tobie… albo może w twoich dzieciach :P.

 

Mało tego, przejmujemy również ich subtelne napięcia wynikające z tej gry pozorów. Może nasi rodzice i dziadkowie nigdy nie uzewnętrznią się z niektórych lęków i przykrości, ale my i tak przeżyjemy to za nich.

Ich problemy przechodzą na nas i jesteśmy nie tylko tym, co bezpośrednio nas skrzywdziło, ale także wszystkimi, nawet zakamuflowanymi, stresami, które wchłonęliśmy nieświadomie od osób, które nas wychowywały.

Dobrze wiesz, że jak spędzasz czas z kimś zestresowanym, to sam zaczynasz się czuć niekomfortowo.

A gdy jesteś dzieckiem, chłonnym jak gąbka, twoje najbliższe środowisko to ludzie, którzy nauczyli się funkcjonować w skrywanym napięciu, to na pewno część tego przechodzi na Ciebie.

 

Dlatego czasem zastanawiamy, się, jak to jest możliwe, że nasze pokolenia żyją w tak „łatwych czasach”, a tyle osób cierpi na depresję – my niesiemy na barkach również wszystkie trudy, oczekiwania, lęki i maski, które były na nas nieświadomie przelane.

.

.

To, na co stałam się przez te lata wyczulona, to nieprzywiązywanie się do definicji „depresji”.

Jeśli odczuwasz beznadzieję / lęk / histerię / masz myśli samobójcze / nie masz motywacji do życia … i czujesz, że to trwa za długo, że to nie jest tylko smutek wywołany bieżącym, gorszym okresem… to nie zastanawiaj się, czy kwalifikujesz się na „osobę z depresją”.

 

Nie bójmy się tego słowa. Albo nie bawmy się w stopniowanie problemów. Oczywiście, jest to potrzebne, psychiatrom albo psychologom, do podejmowania odpowiedniego leczenia, ale my nie rozdrabniajmy się na „poważne” i „mniej poważne” depresje.

 

 

Słowo „depresja” ma ogromny kaliber. Kojarzy nam się z najmroczniejszym stanem, w którym już jeden ruch dzieli nas od samobójstwa. Oczywiście, człowiek nie jest w stanie cały czas być szczęśliwy, okresy smutku przychodzą tak samo jak deszcz czy zachmurzenie, i odchodzą.

Ale intuicyjnie, głęboko w środku, być może czujesz, że to jest coś większego.

 

Niektórzy ludzie czują się fatalnie przez bardzo długi czas, a przy tym nie czują się na tyle > WAŻNI <, aby przyznać się przed sobą i światem, że mogą mieć depresję, albo „coś w stylu depresji”.

A to, że nie czują się dość WAŻNI, by się tak śmiało diagnozować, jest właśnie świetną oznaką, że już jest bardzo źle…

 

Może to nie ma większego znaczenia, jak nazwiemy ten stan przewlekłego doła, jakiego SŁOWA użyjemy.

Jeśli od dłuższego czasu nie chce nam się żyć, jeśli każdego ranka zmuszamy się do wstania z łóżka i jak automat idziemy przez dzień…to jest źle.

Niektórzy przeżywają depresję jeszcze inaczej, są nie tyle przygnębieni, co znieczuleni na świat, pozbawieni emocji, oziębli, zobojętniali. Odłączeni zarówno od radości, jak i od smutku.

 

Dla mnie to był właśnie największy problem – przez długi czas czułam się bardzo źle, ale bałam się, że gdy się uzewnętrznię, to okaże się, że to nie jest „depresja”, tylko coś lżejszego… a skoro coś lżejszego, to już nie tak istotnego, a wtedy ja poczuję się zignorowana, po tym jak dopiero co się otworzyłam.

 

Moje ostatnie spotkanie z psychiatrą (2 lata temu) wyprowadziło mnie z równowagi jak dawno nic.

Zostałam skierowana przez moją terapeutkę do psychiatry, po leki. Byłam już znakomicie wprawiona w „udawanie, że jest dobrze”, a także odbywanie wstępnych rozmów w poradniach.

Po krótce przedstawiłam na chłodno moją sytuację i poprosiłam o leki.

Usłyszałam, że nie mam „prawdziwej depresji”, bo gdybym takową miała, to nie byłabym w stanie o tym mówić, patrzyłabym w podłogę i unikała ludzi.

Po chwili podniosłam tamę cierpienia, momentalnie pokazałam swoje prawdziwe, zranione oblicze i dostałam receptę.

Może ta kobieta miała rację, może mój przypadek nie mieścił się w definicji depresji… Dla mnie to jednak nie miało żadnego znaczenia, jak ona sobie to nazwie. Powiedziałam jej, że jest mi obojętnie, jak mnie zdiagnozuje, ale ja wiem, że potrzebuję pomocy.

Przeraził mnie też fakt, że ta kobieta nie była w stanie przejrzeć przez moją maskę…

W myślach powiedziałam do niej: „Proszę pani!!! Ja jestem w stanie się rozpłakać w 5 sekund i kontynuować ten szloch przez godzinę… Przyszłam tu i mówię do pani jak automat, bo tego uczyłam się całe życie – o swoich ciemnych stronach mówić w taki sposób, aby się nie rozkleić.”

 

Całe szczęście, byłam już na tyle świadoma siebie i innych ludzi, silna i zdeterminowana do tego, aby wreszcie czuć się dobrze, że to zdarzenie jedynie mnie poirytowało.

Ale gdybym trafiła do tej kobiety kilka lat wcześniej, to po takim „zbagatelizowaniu” mojego problemu, usłyszeniu, że „TO NIE JEST DEPRESJA… TO JEST TYLKO…” …nie wiem co,… zły humor? który trwa od 10 lat? przychodzi falami co kilka godzin każdego dnia?

… na pewno zamknęłabym się w sobie, zraniona i zlękniona jeszcze mocniej.

 

Domyślam się, że bardzo ciężko może być w obecnym dziwacznym systemie, w jakim funkcjonuje nasz świat, w systemie L4, podejmować decyzje, kto ma depresję, a kto jej nie ma, kto jest „tylko leniem i próbuje się wymigać od pracy”.

 

Ale sami przed sobą, nie przywiązujmy do tego aż tak dużej wagi.

To słowo chyba ma zbyt dużą moc i niektórzy mogą czuć się „zbyt nieważni”, żeby przyznać, że mogą mieć depresję.

 

Moja najważniejsza rada jest taka:

zastanów się, czy gdyby bliska Ci osoba, rodzic, babcia, dziadek, siostra, brat, przyjaciel, a nawet osoba w tramwaju, czuła to co ty w swoich mrocznych momentach, co byś pomyślał? Co chciałbyś jej doradzić?

 

Często o innych troszczymy się bardziej niż o siebie samych.

 

Czy poradziłbyś tej osobie, aby dusiła swoje negatywne emocje i przybierała maski, czy też zaproponowałbyś rozmowę albo udanie się do specjalisty?

 

Jeśli czujesz się źle, to traktuj to tak poważnie, jakby to dotyczyło twojej ukochanej osoby…

To brzmi absurdalnie, ale naprawdę od siebie samych wymagamy czasem nieprawdopodobnej siły psychicznej.

 

To nie ma znaczenia, czy umarła ci bliska osoba, czy zwierzę, czy przeszedłeś trudne rozstanie, albo zostałeś odtrącony, a może w pracy coś jest nie tak, może masz kompleksy na punkcie wyglądu, może ktoś powiedział Ci coś nieprzyjemnego, albo krzywo się spojrzał, a Tobie zapadło to w pamięć i do teraz to przeżywasz,… a może przyczyna jest nieoczywista – nie ma mniej i bardziej znaczących, mniej czy bardziej poważnych przyczyn.

Jeśli czujesz się źle, to bez względu na to czy wydaje ci się to błahe czy nie, to Twoje uczucia są ważne!

Każdy z nas ma inną wrażliwość, był inaczej wychowywany, jest inaczej przygotowany psychicznie, inaczej sobie radzi. Jesteśmy inni i tyle. Ale każdy nasz problem zasługuje na naszą uwagę i troskę.

 

Trzeba też pamiętać, że przyczyny depresji mogą być także zupełnie inne: za nasz nastrój odpowiada nasze zdrowie, nawet nasza flora bakteryjna w jelitach, to czy jemy za mało czy za dużo (kiedyś czytałam, że przejadanie się może włączać poczucie winy), to co jemy, dieta bogata w przetworzony cukier, niedobory, palenie papierosów, alkohol, nasza gospodarka hormonalna – to wszystko również może być przyczyną depresji!

.

.

Rozmowy są magiczne.

 

Nie mówię, że rozmowy to jedyny sposób na radzenie sobie z problemami, bo czasami nie  jesteśmy w stanie porozmawiać z tą osobą, z którą najbardziej chcemy…a  może boimy się, że nie mamy tak bliskiego przyjaciela.

 

Prawdopodobnie wszystko da się przerobić samemu… (rozwinę to w innym poście).

Nie zawsze trzeba mieć słuchacza, nie wszystko trzeba wypowiedzieć.

 

Czasem rzeczy, o których nawet nie da się rozmawiać, bo sam nie wiesz o co ci chodzi.

Je trzeba po prostu przeżyć, pozwolić uczuciom czy emocjom się wyrazić. Poświęcić im uwagę. Siąść w ciszy i dać im dojść do głosu…

Niech się wykrzyczą i wyrażą. One mają taką samą potrzebę, by zostać wysłuchane, jak Ty!

 

Jednak, mimo to z całego serca polecam rozmowy. To potrafi często przyspieszyć proces uzdrowienia.

Niektóre rzeczy chcesz z siebie wyrzucić. Wiesz to. Cisną Ci się na usta, ale ty milczysz. To są te sprawy, których poruszenie, nawet myśl o poruszaniu ich, wywołałoby największą panikę. To, o czym najbardziej boisz się mówić, jest tym co tak bardzo chce być wyrażone. Tylko do tego potrzeba odwagi. Ale warto się na tę odwagę zebrać, oczyścić się i przy okazji wzmocnić i udowodnić sobie, że w zasadzie nie było się czego bać.

Że jednak trzymanie tego w sobie było bardziej wyniszczające.

 

Może nie od razu nastąpi oczyszczenie, ale po kilku rozmowach powinno być lżej.

 

I w zasadzie nieważne, co powie ta druga osoba i nieważne, czy Cię zrozumie, bo na pewno nie zrozumie Cię tak dobrze, jak ty sam siebie. Ale samo wyrażanie swoich myśli i uczuć, samo ich artykułowanie – czasem nawet puszczenie w eter, potrafi zdziałać cuda. Mówisz, mówisz, napięcie odchodzi.

 

Myśli rodzą się w naszych głowach w formie słów. Słowa radości, przechwałki, różne błahe komentarze i plotki wypowiadamy z łatwością, a słowa gorzkie trzymamy dla siebie. Dlaczego radości pozwalamy popłynąć w świat, a bół kumulujemy w sobie?

Potrzebujemy przepływu treści z naszych głów na zewnątrz, tak jak w naturze jest ciągły przepływ.

 

…I jakże niesamowite rozmowy można odbyć z najbliższymi, dla których często jesteśmy niestety jak obcy ludzie.

Ja swojego ukochanego tatę męczyłam wiele, wiele wieczorów, aż wysłuchał wszystkiego, co miałam do powiedzenia.

Bał się tego i nie czuł na siłach, ale ja czułam, że bardziej mnie obchodzi, że wysłucha mnie mój tata, niż stu najlepszych psychologów.

Czasami było mi ciężko mówić, a jemu niezręcznie słuchać, ale teraz mogę powiedzieć, że jest moim prawdziwym przyjacielem. Gdybym tak nie cisnęła, pewnie mielibyśmy relację typu „Co tam? W porządku. To dobrze, a u ciebie? W porządku.”… a teraz czuję, że nasza więź jest naprawdę piękna i jestem sobie i jemu wdzięczna za cały ten włożony w to wysiłek.

 

Dlatego też, jeśli ktoś z waszych bliskich przechodzi przez trudny okres, to nawet jeśli odeślecie go do specjalisty, nie chcąc brać odpowiedzialności, bojąc się, że nie jesteście w stanie mu pomóc, to pamiętajcie, że dla nich może być najważniejsze, abyście to WY ich wysłuchali. To nie wyklucza terapii, ale może ją wspaniale uzupełnić, może wręcz zastąpić.

Ktoś chce być z wami szczery. Wejść na wyższy poziom bliskości i możecie traktować to jak wyróżnienie.

 

Wierzę, że gdybyśmy od najmłodszych lat słuchali się wzajemnie i mówili, co leży nam na sercu, to napięcia nie urastały by do takich rozmiarów, nie tworzyłby się wokół nas mur niedopowiedzeń i nie potrzebowalibyśmy ich do terapeuty. Niestety przez lata obrastamy w tyle masek i parawanów, że w pewnym momencie paradoksalnie właśnie przed najbliższymi nam osobami najciężej się nam odkryć – bo wizja nas, którą przedstawialiśmy im przez lata jest może całkowicie odbiegać od rzeczywistości.

 

Gdy coś Was męczy, rozmawiajcie z najbliższymi, albo na początek nawet z obcymi ludźmi (czy terapeutami), bo tak często łatwiej. Oni nie mają jeszcze wyrobionego obrazu nas, nie czujemy, że wcześniej ich okłamywaliśmy i łatwiej jest nam się uzewnętrznić, bez wcześniejszego odkręcania.

 

Tylko nie oczekujcie zawsze, że powiedzą to, co chcielibyście usłyszeć, albo, że w ogóle powiedzą coś mądrego.

To zdarza się niezwykle rzadko. Przede wszystkim pozwólcie sobie na otwarcie się.

Jeśli usłyszycie coś, co wam się nie spodoba… To też możecie o tym powiedzieć, kontynuować dyskusję, ale też pogódźcie się z faktem, że całkowitego zrozumienia nigdy się nie doczekacie.

Możliwe, że za jakiś czas, sami nie będziecie potrafili pojąć swoich obecnych problemów.

 

.

.

Nigdy nie jest za późno, żeby coś przeżyć. Czułam, że to brzmi głupio, jak po kilku latach od śmierci mamy, zgłosiłam najbliższym, że nadal mnie to boli.

To nie ma znaczenia, jak dawno temu miało miejsce zranienie. Dopóki nie zintegrujemy tego uczucia, jest ono wciąż tak samo żywe.

Im wcześniej zajmiemy się dochodzeniem do siebie, tym lepiej. Nie odkładajmy tego na potem.
Będąc nieszczęśliwymi, podejmujemy niewłaściwe decyzje, bo manipuluje nami lęki.

Im wcześniej zaczniesz się uzdrawiać, tym więcej czasu przeżyjesz w radości. A życie bez bagażu goryczy jest piękniejsze, lżejsze, pełniejsze.

.

.

No i sięgajcie po pomoc!!!

Jeśli zdecydujecie się na skorzystanie z usług terapeuty, to pytajcie znajomych o polecenie kogoś… z mojego doświadczenia, mogę powiedzieć, że najlepiej, aby to była osoba, którą po prostu „dobrze czujecie”. Czasami trzeba niestety trochę poszukać, ale każda, nawet pojedyncza sesja u osoby, do której już nigdy więcej nie wrócicie, czegoś was uczy.

.

.

Mnie dodatkowo trzymała przy życiu wiara w to, że jeśli poradzę sobie z tymi problemami, to będę lepiej rozumieć innych, może komuś pomogę.

Nie chciałam też być przykładem tego, że z depresją się nie wygra. Pragnęłam udowodnić sobie i światu, że się DA!

Czasem widziałam, że najbliżsi mnie nie rozumieją, ale wtedy myślałam sobie: „Jak JA z tego wyjdę, to stanę się kimś, kto rozumie cierpiącą osobę!… I kiedyś kogoś wysłucham z wielką empatią, może nawet coś poradzę…!”

W zasadzie, to nigdy nikogo nie zrozumiemy w 100%, mało tego, teraz, gdy już czuję się lepiej, to czasem i tak ciężko mi wyobrazić sobie ogrom bólu, jaki ktoś może w sobie mieć, mimo, że kiedyś sama przez to przechodziłam.

Jednak trudności wiele nas uczą i możesz mieć pewność, że gdy wygrasz tę walkę, to będziesz mądrzejszy, silniejsza, bardziej empatyczny, prawdziwszy, i kiedyś dasz komuś nadzieję.

Uzdrawiając siebie, uzdrawiasz też swoje najbliższe otoczenie, swoich przodków, nie przelejesz swojego cierpienia na swoje dzieci.

.

.

Pamiętajcie oczywiście, że każda osoba, którą spotykacie, na pewno przez coś przechodzi. Wszyscy mamy swoje mroczne strony i dobrze jest podchodzić do ludzi z wyrozumiałością i współczuciem. Nie zawsze jest łatwo o tym pamiętać, ale zazwyczaj, jeśli ktoś zachowuje się odpychająco, to w ten sposób okazuje swoje cierpienie.

Czyż wasze najbardziej paskudne zachowania nie przypadały na okres największej depresji?

 

Jeśli macie jakieś podejrzenia, że komuś z waszych znajomych od dłuższego czasu jest ciężko, to nie przechodźcie obok tego obojętnie. Bezpośrednia rozmowa może być zbyt trudna, ale zawsze można spróbować delikatnej sugestii albo podzielić się swoimi przejściami.

.

.

Obecnie jest już u mnie znacznie, znacznie lepiej. Z resztą, gdyby tak nie było, pewnie niestety nie umiałabym napisać tego posta…

Zdecydowanie, w moim przypadku, pozytywna przemiana nabrała tempa, gdy przestałam polegać jedynie na sobie, i na książkach, i zwróciłam się wreszcie do dobrego terapeuty i otworzyłam przed przyjaciółmi.

 

Pracuję także sama ze swoimi emocjami, ale staram się też być wyczulona na rzeczy, które chcą być wypowiedziane na głos.

I pamiętam, że mówiąc coś, daję innym śmiałość i przestrzeń na otwieracie się. Zwracając się o pomoc, dajesz innym przykład, że nie jest to oznaka słabości.

 

Przede mną jeszcze trochę pracy, chociaż mam wrażenie, że niedługo będę pracować już tylko nad bieżącymi sprawami ^_^, bo przecież zawsze się coś pojawi…

Ale ciężar, który kumulowałam przez lata, w ogromnej większości się rozpuścił.

.

.

Cytując ważną wiadomość z Internetu: BĘDZIE DOBRZE! TRZYMAJCIE SIĘ NA PEWNO!!!!

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *